![]() |
|
gryzakblog |
Podróże kształcą, czyli dlaczego robię się cyniczny i zgorzkniały u progu życia. 2011-01-11 02:38:18 Znana to i dość oczywista prawda ludowa. Knowledge withouth mileage is worth nothing jak ostatnio się dowiedziałem z yt. Kolejny raz - prawda. Tyle na początek. Siedząc jak współczesny homo - internetus zanurzony po uszy w moim małym, bezpiecznym, wirtualnym świecie czytam co też dzieje się u ludzi, których los mnie dotychczas nie obchodził lub nie było mi dane poznać lub akurat po prostu wrzucili mi na ekran prosto w twarz swoje najnowsze myśli. Ot, dynamika współczesnych kontaktów i relacji w akcji. Po raz kolejny mój znajomy pakuje walizki do pewnego kraju na południu Europy. Fajnie, choć nie tak przyjemnie jak trudny wybór znajomej czy jechać do Izraela czy Meksyku. A to tylko dziś takie wiadomości. Wczoraj zmiana miejsca zamieszkania: Ekwador u znajomej, która o dziwo pała do mnie sympatią choć podobno uraziłem strasznie jej uczucia religijne. O! Znajomy jest znowu na Malcie, wariat jeden. Na Erazmusie siedzi, nie chciał jechać gdzieś indziej bo przecież tam cieplej i lepiej zimę przetrwa. Dobrze to sobie wykombinował, nie powiem. W większości wypadków ludzie tego pokroju nie są super zamożnymi beneficjentami odzyskania przez nasz kraj niepodległości i paszportów przez obywateli. Bieda też nie piszczy. Ot, dzieci klasy średniej. Zastanawiam się czasem jak to robią, że nagle gromadzą takie środki <a może ja o czymś nie wiem?> na te wojaże. Okazało się, że pomału mam odpowiedź realnie wykształconą. Wszystkie te wyjazdy są finansowane przeze mnie pośrednio. W przygniatającej większości to jakieś lipne środki unijne, które idą albo na te Erazmusy albo na "projekty badawcze" (i to bardzo często z nauk humanistycznych, jak robi to moja znajoma ze wschodniej ściany). Te wszystkie inwestycje są wspierane najczęściej przez pieniądze z Unii Europejskiej lub też całościowo realizowane. Dokładnie rzecz biorąc, z podatków które płacimy, które potem idą do kasy UE. I tak sobie myślę, że może jestem niezbyt sympatyczny tak tajniacko obgadywać znajomych z internetu <a to zobowiązuje, nie jakiejś tam, pakty krwi czy uściski oślinionej dłoni jak drzewiej czyniono> ale z jakiej racji moi rodzice czy też dziadkowie, aktywni zawodowo mają mieć tak walone po kieszeni by ludzie mieli jeździć po świecie? To raz. Dwa. Drugi powód też jest. Podróże nie kształcą tak bardzo moim zdaniem. Nasz świat, nasza mała globalna wioska nie jest aż tak różna w wielu miejscach jak u nas. Przeciętny John, Jan, Johan, czy Giuseppe to podobny do nas człowiek. Geografia niewiele daje, jeśli nie poznamy "dobrych" ludzi, ale ci są wszędzie na wagę złota. No i są wszędzie, ale o tym zaraz. Sytuacja byłaby inna gdyby ludzie jeździli jak Kapuściński - gdzieś w "niewygodne" rejony świata. Ale przecież no, nie da rady. Jednak o ww. ludzi mi chodzi. Czy musimy jechać do Izraela, Ekwadoru, Szwecji, Hiszpanii czy gdzieś indziej by nauczyć się czegoś? Śmiem wątpić. W ciągu ostatnich 4 lat spędzonych poza rodzinnym grajdołem, w mieście z lotniskiem, mogłem poznać kilka <dosłownie> osób z zagranicy. Nie studentów. W mordę jeża, jak ci ludzie zmienili mi życie. Nie mają przy tym bladego pojęcia o tym. Nie próbowaliśmy "ich kuchni", nie próbowałem zrozumieć ich zwyczajów, nie robiliśmy sobie setek zdjęć, a ich język znam na tyle biegle, żeby nie musieć się ograniczać i przechodzić jakiejś inicjacji. Po prostu rozmawialiśmy w knajpie. Tymczasem, podróżnicy wracają z gigabajtami zdjęć, mocą wspomnień, nowymi smakami i znajomymi, z którymi doskonale się bawili. I tylko czasem, któryś mi powie coś, co będzie dla mnie odkryciem, niewiadomą, nieznanym faktem o tym miejscu. Podróże ich nie dokształciły. Oni po prostu łyknęli trochę wrażeń. Być może jestem cynikiem, zgorzknialcem i zazdrośnikiem - ja zarówno nie mogę i nie chcę podróżować na taką skalę. Szkoda mi wysiłku bliskich, bo sam na razie nie zarabiam. Szkoda, bo nie mam ocen by gdzieś jechać <a jeśli, to gdzie? Chyba tylko do Turcji bym pojechał z radością, bo tam co chwila coś wybucha, jest niestabilne, armia wychodzi na ulicę, sami rozumiecie, jest ciekawie>. Jak zacznę <o ile> cokolwiek w swoim życiu odkładać to zobaczę te kilka rzeczy, które chciałem na żywo doświadczyć, sam. Bez przewodnika, bez grupy, bez planu. Chłonąć wrażenia. Ale trzeba kończyć, godzina szalona. Chciałem powiedzieć, że czasem szukamy czegoś daleko, a życie rzucam nam ludzi pod nos. Trzeba umieć ich tylko łapać i wycisnąć z nich soki i dać siebie tak wycisnąć. Wtedy żadne bariery nie mają znaczenia, a twoimi podróżami będą rozmowy. A o ciekawszej drodze z plecakiem na plecach ... lepiej poczytać Kapuścińskiego. Wiecie, tego który naprawdę wiele się nauczył? [Autor został zainspirowany późną porą, facebookiem, wakacyjną lekturą Kapuścińskiego z nowym podejściem do tematu oraz naprawdę niebanalnymi znajomościami w ciągu ostatnich 2 lat. Prosi o wybaczenie] skomentuj (0) Urodzinowa notka! 2010-12-21 02:41:49 Nie wchodzę już na bloga. Od dawien dawna. Nie mówię nawet o pisaniu. Po prostu, tego adresu nie mam w historii przeglądarek. A używam od niedawa trzech. Tak jestem zorganizowany, że każda w teorii służy do czego innego, a każda do facebooka. Ale ja nie o tym. Ja chciałem napisać na zupełnie inny temat. Mojemu blogowi stuknęło siedem lat! BITE SIEDEM LAT! Niewiarygodne! W życiu nie zakładałem, że mi się uda go prowadzić dłużej niż moim znajomym, a tutaj okazuje się, że jako jeden z nielicznych jako tako przetrwał. Niestety, sporo w tym blogu było grafomaństwa, próby inteligentnej zabawy z tekstem, podrabiania stylów. Jako pokorny człowiek (pamiętajmy, że jest to słowo o zupełnie innym znaczeniu niż większość osób myśli!) stwierdzam to bez chwili wahania. Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to to, że czasem blog ten służył mi za osobistą kozetkę. Chodziło o to by tak się wygadać, by nikt nie rozumiał (i to akurat mi się udało znakomicie!) o co tak naprawdę może chodzić, a przy tym nie dźwigać w sobie ciężaru jakim było totalne zamknięcie w sobie rzeczy różnego kalibru. Czasem błahe, czasem zupełnie poważne. Do dzisiaj większość tych sekretów zna może kilka osób, żadna wszystkie. Mogę to napisać teraz po latach, gdyż zawsze żywiłem do siebie odrobinę niechęci za wykorzystywanie ludzi by czytali to wszystko, komentowali i zachęcali mnie w ten sposób do dalszego pisania. Należało im choć trochę zaufać. Ale wszystkiego da się nauczyć i codziennie nad tym pracuję :) Teraz rzecz niezwykła - przeczuwając rocznico-urodziny wszedłem w ten oto blog przez przypadek w dokładnie ten dzień - dzień powstania tego oto zbioru myśli! Całkiem wporządeczku przypadek i historyjka. Może kiedyś uda mi się przemycić ją do jakiejś historii polskiej blogosfery ;) Teraz z kolei rzecz najsmutniejsza - nie wiem o czym mam napisać. Czasem uderzy we mnie jak jasność boża fala inspiracji, która sama układa myśli, sortuje je, organizuje, ubiera w kształt słów i zdań, dodaje szczyptę ciekawej tezy i uda mi się dojść do jakiejś ciekawej idei, którą nawet przemycę w dyskusji tu i tam. Dzisiaj niestety, to zupełnie inna bajka, brak inspiracji. Zero. Null. Keine. Może jest i pomysł ale wywalić z siebie pokorne "mea culpa" w kwestii grafomaństwa by znowu do niego powrócić? No way. Ale obiecuję, że jak cokolwiek się trafi to może podzielę się z wami - czytelnikami. O ile jacyś zostali. Tymczasem - pozdrawiam, do zobaczenia za kolejne 7 lat oraz zdrowia, szczęścia oraz wszelkiej pomyślności dla Was i waszych bliskich w czasie świąt i w nadchodzącym roku! :) skomentuj (0) Ufff 2010-04-24 01:45:06 Poprawione wszystkie ważniejsze technikalia więc można i coś napisać. Niech skończy się ten parszywy miesiąc, naprawdę. Nie na prawdę, tylko naprawdę. Zauważył ktoś, że to coraz częstszy błąd? Nie wiem, no serio, nie wiem jakim sposobem go ludzie powielają coraz częściej. Miałem przeładowaną pomysłami na dobrą notkę głowę. Wyszedłby z tego prawie Bukowski, w którym to ostatnio namiętnie się autor zaczytuje. Zresztą film "Barfly" też widział i choć nie jest żulem, nie przepija pieniędzy <brrr, sama myśl o wydawaniu pieniędzy sprawia mi fizyczny ból, taki jestem bankier> liczy na znalezienie pracy i nie ma kobiety z olśniewającymi nogami na zawołanie to jakieś podobieństwo do tytułowej "Ćmy barowej" znajduje. Może nie manifestuje tych podobieństw, ale jednak ten nihilizm jest gdzieś tam nadal ukryty i ma się dobrze. Henry Chinaski, kocham Cię. Tylko zapomniałem o czym miałem napisać. skomentuj (3) |
2011 |